Hot cross buns - korzenne bułki z rodzynkami ozdobione krzyżem, tradycyjnie jedzone na Wyspach w Wielki Piątek.
Korzenne, pachnące cynamonem, wypełnione rodzynkami wypieki zawsze raczej kojarzyły mi się ze Świętami Bożego Narodzenia niż Wielkanocą. Wiosna i Wielkanoc to był zawsze dla mnie czas cytryn, czekolady i kolorowych deserów.
Hot cross buns jednak bardzo mi smakują i ich pojawienie się w sklepach stało się jednym z ulubionych elementów okresu przed Wielkanocą. Sprzedawane są w paczkach po sześć i są zwykle okropnie gniotowate. Toster jednak zamienia gnioty w pachnące, chrupiące bułaski, które uwielbiam z roztapiającą się warstwą solonego (koniecznie!) masła ...
Nigdy jednak ich nie piekłam, nawet nie odczuwałam ku temu ochoty. Może to ten potencjalny bożonarodzeniowy zapach z piekarnika mnie powstrzymywał.
Od prawie dwóch tygodni za oknem straszą wysokie, brudne zwały śniegu, trawnik, który widzę przez okno kuchenne pokrywa gruba warstwa zlodowaciałego już nie puchu. Przygotowując potrawy na Wielkanoc miałam wrażenie, że przygotowuję Wigilię. Stąd może naszła mnie ochota na pierwsze w życiu domowe hot cross buns. Zrobiłam je według przepisu Paula Hollywood'a.
Trochę jestem zła na siebie za to, że je upiekłam, trzeba było kupić i myśleć, że kupione są najlepsze na świecie, a tak to będę musiała piec, bo sklepowe domowym oczywiście mogą buty wiązać.


