Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 lutego 2013

Bardzo długi babski wpis


W jednym z pierwszych wpisów, które opublikowałam na tym blogu, rozwodziłam się nad moimi rozlicznymi hobby, które są w pewien sposób powiązane z miejscami w których mieszkam - zastanawiałam się nad tym co przyniesie to nowe miejsce. Kilka miesięcy do przodu i sprawa zaczyna się lekko klarować. Mniej więcej wiem gdzie stoję ze wszystkimi starymi pasjami: trzymam je w ryzach, korzystam z tego co mnie okresy zafascynowania nauczyły, ale żadna nie pochłania mnie aż tak jak kiedyś. Pora się do tego przyzwyczaić. Jeśli coś naprawdę mnie interesuje to pochłania mnie całą i sprawia, że godzinami nad tym ślęczę aż do momentu kiedy sprawę opanuję na tyle żeby w niej się poczuć dobrze. Dopóki nie będę robiła tego dobrze (w swoim mniemaniu) nie przyznam się, że umiem wcale. Potrafiłam się nie przyznać do tego, że mówię po angielsku w momencie kiedy jedną nogą studiowałam już angielski. Wyobrażacie sobie?!
Nie wynika to w żadnym stopniu z nabytego braku pewności siebie, nie ma o co winić wychowania, nie jest to coś nad czym mam ochotę pracować i czego się pozbywać. Zawsze taka byłam. Zapytajcie o to moją mamę. Opowie Wam o tym jak długo nic nie mówiłam, kompletnie nic, a potem pewnego dnia stojąc z noskiem przy balkonowych drzwiach powiedziałam pada deć i od tamtej pory mówiłam pełnymi zdaniami. Albo opowie Wam, że długo nie chciałam patrzeć na nocnik, ale po tym jak użyłam go pierwszy raz można było wyrzucić pieluchy (tetra i ceratki młodzieży!). Tak było z siadaniem, chodzeniem i wszystkimi innymi krokami milowymi w rozwoju. Jednak bez przesady z tym późno - nie aż tak żebym została uznana za opóźnioną w rozwoju.
Nie dotyczy to jednak w żaden sposób rozwoju intelektualnego - w tym wolna nigdy nie byłam. Kiedy chciałam się nauczyć czytać i pisać nie znalazłam poparcia w domu - jeszcze masz na to czas usłyszałam. Siedząc na szerokim parapecie zasłonięta zasłoną, kreśląc nic nie znaczące esy-floresy w zeszycie w linie postanowiłam przechytrzyć rodziców, stwierdziłam, że jeśli będę pytała ich jak się czyta pojedyncze słowo i mi powiedzą to ja już sobie zgadnę, która literka to który dźwięk.  

Moment, to miał być babski wpis.

Zaraz te nitki splotę.

Nie przyszło mi do głowy, gdy zastanawiałam się nad tym co ma dla mnie nowe miejsce, że nowa pasja może nie być stricte manualna. Julie (pisałam o niej w poprzednim wpisie) zaraziła mnie people watching i czytaniem mowy ciała - i to jest właśnie to o czym teraz czytam, umiejętność czego rozwijam. Uczę się i mam przy tym głód podobny do nauki czytania - bo w sumie to też czytanie tylko z ruchów, gestów i grymasów. Potrzeba płynności - nie odczytywania pojedynczych wyrazów (gestów), które w odosobnieniu nabierają różnych znaczeń, lecz rozumienia całych zdań i całego kontekstu. Można umieć fizycznie czytać lecz nic z tekstu nie zrozumieć. Najlepsza część tej nauki to czytanie swojej biografii i obserwacja własnych reakcji.
Pasji do tego typu rzeczy się nie spodziewałam, bo z tematem spotkałam się nie raz, nawet kiedyś kiedy byłam nastolatką zaczęłam czytać książkę na ten temat (szkoda, że nie przeczytałam, zaoszczędziłoby mi to sporo!), ale temat mnie wtedy znudził - dopiero teraz do niego dorosłam.

Pewnie zauważyliście to, że jeśli zaczniecie się czymś nowym interesować to nagle wszędzie o tym mówią i piszą?  To jest tak, że zawsze mówili i pisali, ale Wy nigdy na to nie zwracaliście uwagi, bo się tym nie interesowaliście. Ja teraz wszędzie widzę tylko i wyłącznie to z innego powodu - wszędzie są ludzie i wszyscy mówią swoim ciałem. Chociaż oczywiście też dopiero teraz widzę jak często i przy jak wielu okazjach temat jest poruszany i ile na jego temat publikacji. Jednak to, co było dla mnie zaskoczeniem to to, że przy okazji zainteresowaniem mową ciała zaczęłam zwracać większą uwagę na ... pielęgnację ciała ...

Może jedna sprawa wynikała z drugiej, może pojawiły się niezależnie, ale fakt pozostaje taki, że obie mnie zafascynowały.

Najpierw trafiłam na kanał Kasi D na YT. Obejrzałam hurtem mnóstwo jej filmów zwłaszcza tych dotyczących pielęgnacji twarzy, niektóre po kilka razy (to nie żaden sic!) dostąpiłam olśnienia: wszystko robiłam źle. No, prawie wszystko, niektóre całkiem dobrze.
Kasia ma przyjazną buzię, prawie tyle lat co ja, nie wygląda na pustą laskę, mówi fajnie po polsku z przerywnikiem aaa (który lubię bo często zdradza anglistki - sama odkąd mieszkam w Irlandii już go nie stosuję) i jest rzeczową konkretną babką. Mogę ją oglądać i słuchać i od niej się uczyć. Aaaa. Ale jak się okazało to tylko był czubek góry lodowej polskich blogów i vlogów urodowych, które NB są bardzo dobre, rzeczowe, wręcz profesjonalne. Dużo talentu w narodzie. Możecie mi nie wierzyć, ale ten świat był mi do niedawna bardzo obcy!
Znów ciągnę kilka sznurków na raz i zaraz mi się wszystko pogubi, jakiś taki poplątany ten tekst (nie nazwałam go babskim dlatego!).

Po pierwsze skończę myśl z początku: nagła chęć by zacząć dbać o skórę jak należy i nauczyć się malować przyszła dosyć późno prawda?! To nie jest tak, że nigdy nie dbałam o skórę, ale obudzić się w wieku 35 (wciąż przez jeszcze trzy miesiące ;)) lat jako ignorantka to jest źle. Naukę czytania mowy ciała można porównać do nauki czytania - w sumie zbędna rzecz. Jednak jakoś z tą nieumiejętnością zrobienia sobie przyzwoitego makijażu i brakiem wiedzy kosmetycznej czuję się jak kilkulatek w obrobionej pieluszce. Niby bez nocnika też można się obejść, ale to jakoś takie niewygodne.

Zaraz się rozwiodę nad moimi ułomnościami, ale muszę na chwilę wrócić do samych urodowych vlogów. Pisząc bloga kulinarnego i robiąc zdjęcia potraw, a także czytając inne blogi kulinarne spotkałam się z wielką ilością komentujących haterów. Jakby kogoś to fizycznie bolało, że gotujesz, fotografujesz i jesz. A to obśmieją, a tamto, zawsze wiedzą lepiej, są w ogóle mistrzami i mają czarne pasy we wszystkich dziedzinach życia, tylko, że przejawów tego nie napotkasz nigdzie w sieci, bo sami nie blogują. Uważają, że do publikacji w tak masowym środku przekazu mają tylko i wyłącznie wysoce wyspecjalizowanie profesjonaliści z dziedziny, chociaż im też oberwałoby się. Jednak blogi kulinarne to tylko taka mała zagródka na której pasą się hejterzy. Vlogi urodowe to dopiero dla nich wyżerka! Nigdy nie nakręciłam (wbrew namowom) filmiku kulinarnego, wiedząc, że największa uwaga skupiłaby się na moim głosie, dykcji, krzywym zgryzie, włosach i innych najważniejszych aspektach filmiku kulinarnego. Tu jednak dziewczyny nie dość, że pokazują swe liczka to jeszcze mówią, i nie-daj-panie-boże gestykulują. Od tego co można przeczytać pod tymi filmikami włos się jeży na głowie.

 A wracając do mnie. Jeśli chodzi o pielęgnację twarzy to nie do końca wszystko i zawsze robiłam źle, ale robiłam to po omacku. Mam cerę mieszaną ze skłonnością do trądziku, brzydkie pory, przebarwienia no i kilka zmarszczek. W dodatku moja skóra jest bardzo wrażliwa, szybko się uczula na kosmetyki a kiedy jestem w stresie pojawiają mi się czerwone swędzące plamki. Jednym słowem miód. Mając taką skórę nie da się o nią nie dbać. Wspominałam o kilku naczynkach w okolicy nosa? A o bliznach po ospie?

Ja się tu normalnie obnażam a za chwilę zacznę brzmieć jakbym się spowiadała.

U spowiedzi ostatni raz byłam ...

Nie ... pierwszy krem nawilżający kupiłam sobie w szkole średniej. To na plus. Pierwszy krem przeciwzmarszczkowy kupiłam sobie na studiach. Też na plus, w sumie. Nie wiem i nie chcę wiedzieć jakbym wyglądała gdybym ich nie używała. Pewnie poratowały mnie bardzo. Coś tam zawsze miałam w kosmetyczce: jakiś krem, jakiś tonik, jakieś ciecie, fluid, maskarę czy pomadkę. Krem przeciwzmarszczkowy był zazwyczaj przypadkowy. Kupowałam najlepszy na jaki mnie było stać myśląc, że w ten sposób zapewniam mojej skórze najlepszą na jaką mnie stać kurację. Wszystko było tak jak napisałam chaotyczne. Pewne rzeczy działały, pewne nie, ale nigdy nie zastanawiałam się nad tym dlaczego akurat to pomogło a to nie. Biorąc do rąk kosmetyk w sklepie popełniałam błąd, którego nie popełniłabym kupując odzież, buty czy jedzenie - nie patrzyłam na skład! Dlaczego było dla mnie ważne żeby buty były ze skóry, lody nie zawierały syropu glukozowo-fruktozowego, a nie patrzyłam na skład kosmetyków?! Dlaczego? Powody są dwa. Po pierwsze, w przeciwieństwie do składu jedzenia, skład kosmetyków to była dla mnie czysta magia w obcym języku. Nic mi skład kosmetyczny kosmetyków nie mówił. Po drugie od siedmiu lat mieszkam w Irlandii Północnej i nasiąkłam tutejszym sposobem patrzenia na sprawy zdrowia. Tutaj kiedy idziesz na badania nigdy do ręki nie dostajesz karteczki z wynikami, wyniki trafiają do twojego GP, a on/a informuje cię o tym jeśli coś jest nie tak. Ty nie jesteś lekarzem, nie znasz się na tym, lekarz się zna. Na początku mnie to gorszyło, teraz gorszy mnie fakt, że polska mama podaje swojej kilkuletniej córce antybiotyk, który przysłała jej babcia z Polski, bo tutejszy lekarz się nie wyznał, a dziecko potrzebuje antybiotyku (historia prawdziwa). Podobnie operuje każda dziedzina życia, ale wpis nie o tym. Nie jesteś ekspertem to zostaw to ekspertom, oni wiedzą to ci doradzą. Dostęp do kosmetyków jest oczywiście powszechny, ale nie zdziwcie się jeśli Wam powiem, że wiele firm nie podaje na opakowaniu składu swoich kosmetyków. Po co, skoro szara masa i tak się nie zna. Nie ma więc co sprawdzać. Jeśli na kremie jest napisane, że krem jest na rozszerzone pory, to jest on na rozszerzone pory i po co ci babo dociekać składu.

A Kasia D mnie olśniła, bo w którymś z filmików wymieniła na jednym wdechu podstawowe substancje nawilżające, a na mnie spłynęło, że kobieta mówi o tym tak jak ja o składnikach chleba. Aaaa. Zaczęłam czytać, drążyć, i znów się uczyć. Przede wszystkim wyciągnęłam to co miałam w kosmetyczce i zaczęłam się temu przyglądać - w wielu przypadkach musiałam wygooglać skład i analizę ekspertów moich kosmetyków - dotyczyło to przede wszystkim marki Clinique, składu tych kosmetyków nie znalazłam nawet na ich stronie internetowej.
Trzy żele do mycia twarzy, dwa toniki, jeden krem nawilżający, jeden energetyzujący, jeden odżywczy, serum na zmarszczki i drugie serum na zmarszczki, dwa kremy pod oczy ... zgadł by ktoś patrząc na moją buźkę? Nie. Trochę researchu w internecie i wiedziałam dlaczego. Może to wszystko były i dobre kosmetyki, ale przez to, że nie wiedziałam co w sobie tak naprawdę mają i do czego służą ich składniki, niewłaściwie je używałam. Oprócz tego, w moim całkiem niemałym arsenale brakowało bardzo podstawowych armat. Na szczęście nie znalazłam u siebie nic, czego nie powinnam absolutnie używać, no ale kilka bubli, które nadają się do co najwyżej wsmarowania w cycki też się znalazło.

To ja już lepiej skończę.
  

wtorek, 1 stycznia 2013

Życie po kulinarnym blogowaniu

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

2012 był dobry rokiem: kilka wielkich prywatnych radości, smutków mało i takie o których łatwo zapomnieć. 
Ale takiej prywaty dzisiaj nie będzie.
Dzisiaj będzie o jedzeniu i o tym dlaczego zamknęłam Galangal.

 Miłości do jedzenia nie ukrywam, nie jest to jednak miłość do napychania sobie buzi ani napełniania sobie żołądka. To miłość do smaku, miłość wynikająca z szacunku do produktu i z radości tworzenia. Po prostu. Może kiedyś w mojej relacji z jedzeniem więcej było pożądania - ciało było młodsze i głodniejsze; ale od kiedy nie potrzebuję paczki makaronu żeby się najeść (nie ma w tym przesady!) ta relacja sprawia mi więcej radości.

 Kiedy się czegoś uczymy - a ja uczę się gotować - zawsze nadchodzi moment kiedy po długiej wspinaczce osiągamy równinę. Ciągnie się ona w nieskończoność, widać z niej szczyty, ale człowiek idąc i idąc ma wrażenie, że stoi w miejscu. Mój Mont Everest jest wciąż niewidoczny, mam wrażenie, że stoję w miejscu, że nic się nie dzieje; płasko daleko i monotonnie. Przyszedł taki moment w którym myślałam, że straciłam do tego wszystkiego serce, ale trwało to tylko chwilę. Bo jako ktoś kto i uczy i uczy się wiem, że często na równinach najbardziej się rozwijamy.

To jednak zwątpienie w swoje kulinarne/fotograficzne/blogowe możliwości zbiegło się w czasie z przygotowaniami do przeprowadzki. To nie była kwestia spakowania kartonów. Przeprowadzaliśmy się do nowego, białego wewnątrz i zewnątrz domu z białym wszystkim. Tabula rasa. Cała moja wyobraźnia i siły twórcze zostały zaprzęgnięte do zamieniania białych ścian w dom, prowadzenie bloga było po prostu niemożliwe. Przez ten cały czas myślałam, że do tego wrócę, że się ogarnę, urządzę, wymienię w końcu starego popsutego kompaktowego Kodaka na coś lepszego i jak już wrócę to z nową, lepszą jakością. Bla bla bla.

W między czasie cieszyłam się swoją nową kuchnią.
Jak fajnie gotuje się na gazie, jak miło jest mieć dużo szafek, dużo miejsca na parapecie dla ziół!
 Dziś coś prostego na obiad, nie ma czasu. Masło, makaron, por i kwiat muszkatołowca. Hm, jakie dobre! Może curry? Przecież piątek, zróbmy pizzę! Sprawdźmy jak piekarnik poradzi sobie z drożdżówką, a jak z chlebem.

I tak oto przypomniałam sobie jak się gotuje gdy się o tym nie bloguje.
  
Jeśli jesteście blogerami kulinarnymi to wiecie o czym mówię, jeśli nie pewnie ciężko Wam to sobie wyobrazić. No chyba że oglądaliście film Julie i Julia . Moje blogowanie nigdy co prawda nie było projektem, nie wyznaczyłam sobie terminu, ale prowadzenie bloga kulinarnego wymaga wiele poświęcenia; pozwiedzałabym, że w takim stopniu w jakim motywuje i inspiruje w takim też ogranicza. Może to złe słowo, może bardziej narzuca się niż ogranicza. Blogowanie o kuchni jest stylem życia, stylem życia za którym nie tęsknię ani ja ani moja rodzina.

Pierwsza w sprawie odezwała się Madzia. Powiedziała mi, że odkąd nie mam bloga kulinarnego jedzenie w domu jest lepsze! Jak to?! No nie gotujesz już tych dziwnych rzeczy! Jakich dziwnych rzeczy? A ... tych ... gotuję, ale sobie na kolacje skoro nie muszą być na lunch/obiad bo trzeba je za dnia sfotografować, ty jesz sobie wtedy owsiankę.

Drugi odezwał się Piotruś, a raczej zdziwił się, że pozwoliłam mu podjeść kawałek ciasta przed rozkrojeniem. A zrobiłaś zdjęcie? Nie i nie będę. Teraz synku możesz sobie wsadzać paluchy w ciasto i nie musisz nawet o to pytać. Legalnie.

Tak wiele fantastycznych dań przeszło przez mój stół niesfotografowanych i nieopisanych. Nie musiałam ich zdążyć ugotować za dnia tak aby móc zrobić zdjęcia przy świetle dziennym, nie musiałam w tym celu wrócić wcześniej ze spaceru, prosto z pracy, szybciej z zakupów. Nie musiałam się zastanawiać nad tym czy ten talerz czy inny, czy ta serwetka czy tamta. Nie sprawdzałam czy to już było, czy w takiej postaci. Nie ważyłam, nie spisywałam, nie szukałam. Gdy wymyślałam nie musiałam się zastanawiać czy ktoś się obrazi bo to przecież wymyślił pierwszy. Nazywałam jak chciałam, wrzucałam lub wyrzucałam co chciałam. Nie spinałam się, nie frustrowałam, nie zniechęcałam. Można powiedzieć, że się uwolniłam!
Moje blogowanie kulinarne nigdy nie było podszyte wygórowaną ambicją. Nigdy nie chciałam porzucić obecnej pracy żeby móc tylko i wyłącznie zająć się blogowaniem lub pisaniem o kuchni. Nie miałam ambicji żeby stać się samozwańczym krytykiem kulinarnym, stylistą, recenzentem, guru. Pozytywny komentarz od czytelnika, aprobata i pochwała od jedzących to była zawsze wystarczająca nagroda. Moje blogowanie o kuchni nie wynikało z ambicji tylko z potrzeby ekshibicjonizmu.

Ta potrzeba nie znikła, stąd ten blog. Ale ten blog jest bardziej zabawą niż czymkolwiek innym. Nie ma nawet konkretnego tematu. Jest o gotowaniu gdy zdarzy mi się mieć ku temu ochotę, choć pozwalam sobie nie podawać przepisów. Jest o hobby przeróżnych, jeśli mam na nie akurat ochotę. Lubię robić zdjęcia i lubię się nimi bawić, więc zdjęcia są, ale być nie muszą, czego dowodem jest ten właśnie wpis.
Galangal był zdecydowanie o wiele bardziej poczytnym blogiem niż AD, ale może przez to bardziej publiczną własnością niż moją. Kiedy czyta cię wiele osób piszesz dla nich, do nich i pod nich. Kiedy czyta cię mniej osób piszesz dla siebie. Trochę mi z tym wygodniej, chociaż brzmi to absurdalnie. AD to miejsce, które lubię, pierwsze które odwiedzam przy porannej kawie - nie, nie po to żeby czytać siebie, ale po to żeby zobaczyć co się zmieniło w bocznej szpalcie z moimi ulubionymi miejscami w sieci. Lubię blogi, blogi są bardzo inspirujące. Lubię być inspirowana. Lubię inspirować. 

sobota, 22 września 2012

To nic



Ostatni wpis był paskudny z mojej strony. Przeprosiny należą się między innymi mojej siostrze, która z tamtego wpisu dowiedziała się, że byłam na pogotowiu. Trafiłam tam z podejrzeniem wyrostka, ale to nie był wyrostek i nie wiadomo co to w ogóle było.
Łatwiej zrobić wpis niż komunikować się werbalnie.
Mój mąż twierdzi, że dobrze, że mam tego bloga i że on go czyta - też się pewnych rzeczy z niego dowiaduje.
Piszę blogi rano kiedy wszyscy jeszcze śpią, bo wtedy najlepiej zbiera się myśli i przychodzą najlepsze pomysły. Jakby ktoś chciał ze mną kiedyś poważnie porozmawiać to najlepiej wcześnie rano. Mam wtedy jasny umysł. Wieczorami plotę co mi ślina na język przyniesie.
Teraz mam lekki spadek formy, bo to już prawie dziewiąta, więc kreatywność mi spadła - a spada mi właśnie tak koło dziewiątej kiedy trzeba pracę zacząć. To nic.
Mam gości. Mój kuzyn przyjechał z mam nadzieję kandydatką na kuzynkę (a jak nie to jest trąba). Jest miło. Kuzyn, z którym ostatnio spędziłam tyle czasu dwadzieścia lat temu, wydoroślał. Cieszę się, że przyjechał - i to nie tylko dlatego, że zamontował nam lampy, które od tygodnia na to czekały (dziewięć kabelków do wciśnięcia w kostkę trochę nas przerosło - przyznaję się w imieniu własnym i męża bez żenady, bo elektrykami nie jesteśmy i nie znać się to żaden wstyd).
Zapowiada się ładny dzień. Idę się ogarnąć póki goście śpią. Miłego weekendu.


  
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...