Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clarins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clarins. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 sierpnia 2015

Projekt denko 5



Wróciłam z wakacji z mocnym postanowieniem, że kiedy powrócę do blogowania po rozjazdach to będzie to blogowanie nie tylko o szyciu. Lilie z poprzedniego wpisu to mały krok ku realizacji planu. Zdecydowanie czas też na to, żeby w końcu zrobić denko. Pałętają mi się po szufladach puste opakowania i czas z tym zrobić porządek. 

Ostatnie denko pojawiło się tutaj w listopadzie i aż dziw mnie bierze, że w tak długim czasie zużyłam tak mało kosmetyków i ... tak mało na nie wydałam pieniędzy. Jest to bardzo ekonomiczne denko. Może Wam się tak nie wydawać patrząc na marki kosmetyków, ale nie wiecie jeszcze bardzo ważnej rzeczy ... w większości są to darmowe dodatki do czegośtam. Pełną cenę produktu zapłaciłam tylko za podkład L'Oreal i krem pod oczy By Nature (chociaż on z TK Maxxa i drogi nie był). Zarówno krem jak i maskara Clinique były darmowym dodatkiem do kredki i zmywacza do makijażu które kupiłam rok temu (o kredce pisałam w poprzednim denku, zmywacz mi się jeszcze nie skończył (!)). Krem Elemis i maskara Benefit to dodatki do czasopism. Trzy produkty Clarins kupiłam w zestawie na wyprzedaży poświątecznej za niższą cenę niż którykolwiek z tych produktów w regularnej cenie. Olejek The Body Shop dostałam przy zakupie kremów o których pisałam wcześniej. Za mleczko Liz Earle co prawda zapłaciłam regularną cenę, ale podeszłam do stoiska z zamiarem kupienia tego mleczka i toniku do oczu, a okazało się, że tonik jest darmowym dodatkiem do tego mleczka. Nie dość, że te produkty były trafione cenowo, to, że denko dopiero teraz wynika z tego, że były one szalenie wydajne. No to start.

1,2,3 Jak już wspomniałam kupiłam je na wyprzedaży. W pudełku oprócz nich była piękna kosmetyczka. Oprócz tego dostałam pięć tubeczek próbek kremu na dzień (2). Wszystkie trzy kremy są z przeciwzmarszczkowej serii Multi-Active 1 -na noc, 2- na dzień, 3 -serum. Absolutnie się w ich konsystencji, zapachu i uczuciu na skórze zakochałam. Miałam wrażenie, że widucznie ożywiają skórę i nawet jeśli tak nie było i różnicę widziałam tylko ja to sama różnica w samopoczuciu skóry jest dla mnie grą wartą świeczki. Krem na dzień jest dość gęsty w konsystencji i kiedy go otworzyłam pomyślałam, że tak ciężki krem nie będzie mi się dobrze nosił, ale było pdwrptnie - bardzo polepszał wygląd makijażu.

4. Witaminowe serum w olejku na noc (z witaminą E). Olejek miałam prawie rok stosując go mniej więcej co drugą noc, czasem rzadziej, czasem częściej. Kiedy go nakładałam zawsze robiłam sobie masaż twarzy. Bardzo go lubię i z pewnością kupię następny. Jest to dobrze pomyślany olejek - masz wrażenie, że odżywia i zmiękcza twoją skórę a nie natłuszcza, wchłania się w miarę szybko (dobrze, bo tłuste plamy na poduszce nie są mile widziane). Po posmarowaniu twarzy zawsze wcierałam resztki w skórki wokół paznokci - nigdy nie miałam takich ładnych skórek jak wtedy. Skończył mi się przed samym wyjazdem na wakacje i po skórkach widzę, że czas się wybrać po nowy.

5. Elemis Hydra Boost Day Cream. Cud miód i orzeszki. Lżejszy od Clarinsa a efekt podobny. Pachnie uzależniająco. 

6. Cleanse and Polish Hot Cloth Cleanser. To mleczko - a raczej krem, bo taką ma produkt konsystencję - jest kremem do mycia twarzy i ścierania namoczoną w gorącej wodzie i wykręconą muślinową ściereczką. Taką metodę stosuję z innymi oczyszczaczami do twarzy i bardzo sobie ją chwalę. Kupiłam ten krem bo chciałam zobaczyć jak to jest z produktem do tego przeznaczonym. Powiedziałabym, że bardzo tak samo. Same muślinowe ściereczki bardzo mi przypadły do gustu i chętniej ich używam niż małych ręczniczków, ale mam je tylko dwie więc całkowitej wymiany frotte na muślin jeszcze nie było. Jest to fajny produkt, ale się w nim nie zakochałam. Ma w składzie wyciągi ziołowe i bardzo ziołowo pachnie i to mi trochę przeszkadza. Bardziej przypomina w zapachu płyn do płukania jamy ustnej niż łąkę.

7. Clinique Moisture Surge. Jest to żel do każdego rodzaju skóry, który ma nawilżać skórę przez 24 godziny. Na mnie sam w sobie nie działa. Wchłania się natychmiastowo i pozostawia uczucie suchej skóry. Nie jest to tylko uczucie. Makijaż na samym tym kremie nie wygląda dobrze. Sprawdził się on jednak jako krem pod krem, jedna z warstw. Używałam go zamiast Hydraluronu, który mi się skończył i którego do tej pory jeszcze nie kupiłam (przez tego Clinique'a). Jest jednak droższy od Hydraluronu więc miejsca w mym sercu nie zagrzał.

8. By Nature Rejuvenating Eye Cream. Jak na krem pod oczy jest dla mnie zbyt ciężki, ale jakoś się przemęczyliśmy razem. Był to przypadkowy zakup w TKMaxxie i się nie powtórzy.

9. Nude Magique L'Oreal. Ultra lekki podkład. Z bogatym kremem pod (jak w/wspomniany Clarins), wygląda na skórze jak skóra. Z czymś lżejszym i bardziej silikonowym pod spód podkreśla każdą zmarszczkę i rozszerzony por. Wróciłam do Estee Lauder Double Wear.

10 i 11 Obie maskary bardzo mi przypadły do gustu. Tą z Clinique miałam już kilka razy. Maskara to narzędzie, trzeba się nauczyć nim posługiwać, nauka obu poszła mi szybko i gładko. Obie są lekkie i nie zlepiają rzęs. Nie lubię maskar pogrubiajągych, te są bardziej wydłużające i rozdzielające.

Wybaczcie, że nie zagłębiałam się w skład kosmetyków, ale nie miałam tym razem do tego głowy. Nic mnie nie uczuliło więc jest ok.

niedziela, 25 maja 2014

Projekt denko 3






To będzie bardzo pozytywne denko.


1.Super Facialist Neroli Cleanser. Neroli to olejek uzyskiwany z kwiatów gorzkich pomarańczy. produkty Uny Brennan z tej serii mają być ujędrniające. Jest to żel do demakijażu i oczyszczania. Ma w składnie mnóstwo różnych olejków i kwas hialuronowy więc może oprócz oczyszczania ma jeszcze jakieś inne pozytywne działanie ale przede wszystkim dobrze oczyszcza, chociaż tak jak pisałam przy okazji któregoś wcześniejszego denka, nie używam produktów wodoodpornych więc na temat tego jak sobie poradzi z hardcorowymi mascarami nie będę się wypowiadała. Dla mnie wszelkie produkty marketingowane jako ujędrniające są po prostu ściągające ... dla lekko nie pierwszej jędrności skóry po trzydziestce to może i zaleta, ale ja tego żelu używam głównie wieczorem kiedy ten efekt ujędrnienia (no bo to jest tylko krótkotrwały a nie permanentny efekt) średnio mi potrzebny. Jedyną wadą tego żelu jest jego bardzo staroświecki zapach.

2. Tonik No7 Soft and Soothed kupiłam bo potrzebowałam bezalkoholowego toniku nawilżającego. Od jakiegoś czasu stosuję się do zasad pielęgnacji Caroline Hirons (patrz wpis), która poleca używanie dwóch toników: pierwszego kwasowego do przywrócenia kwaśnego ph skórze i drugiego nawilżającego w sprayu, jako pierwszego etapu nawilżania. Soft and Soothed jako tonik w sprayu mi służy. Na początku nakładałam go wacikiem (bo jak widzicie sprayem to on nie jest), ale skóra była po nim lepka i nie lubiłam go. W Bootsie na stoisku z przyborami podróżnymi znalazłam jednak buteleczkę z atomizerem i do niej przelałam sobie ten tonik. Zupełnie zmieniło to odbiór toniku przez moją skórę. Jako tonik w sprayu jest bardzo sympatyczny, odświeża, nawilża, budzi skórę. Bardzo go teraz lubię chociaż nie pobiegnę do Bootsa po następny. Dopiero zaczynam swoją przygodę z pryskaniem toników na twarz i chcę wypróbować więcej toników żeby zobaczyć co mi naprawdę odpowiada.  

3. Hydraluron Indeed Laboratories. Ten produkt zasługuje na wszystkie fanfary rozbrzmiewające na jego cześć. Hydraluron to żel/serum zawierające duże ilości kwasu hialuronowego, który ma zdolność wiązania wody w skórze i ... to właśnie robi. Do przesuszonej lub odwodnionej skóry idealny. Stosuję go rano po spryskaniu twarzy tonikiem i po nałożeniu kremu pod oczy. Po nim nakładam krem nawilżający. Och i ach. Zostało mi go jeszcze na kilka dni. Na pewno potruchtam po niego do sklepu i to szybko.

4. Clarins Daily Energizer. Wspominałam o nim przy okazji pierwszego denka. Uwielbiam ten krem. Panie na stoisku Clarins zawsze mnie uprzejmie informują, że jest to krem dla młodej skóry (bezczelne!) od 13 roku życia. Ja im na to, że powinny go w takim razie wypróbować (milutka jestem). Przy tych wszystkich olejkach i serach, które używam naprawdę mogę sobie pozwolić na to żeby mój krem nawilżający był po prostu kremem nawilżającym. A ten lubię za lekkość, wchłanianie i zapach (grapefruitowy). Niby ma witaminę C, ale wątpię w jej trwałość w takim słoiczku.

5. Avene TriAcneal jest maścią przeciwtrądzikową. Nie mam trądziku, ale ten produkt to nie jest sobie taki o zwykły kremik przeciwtrądzikowy. Zawiera trzy kluczowe składniki: retinaldehyd, kwas glikolowy i Efectiose. Ten ostatni to składnik przeciwzapalny, kwas glikolowy działa złuszczająco, a retinaldehyd sprzyja odnowie komórkowej skóry, czyt. spowalnia jej starzenie się. Kupiłam ten krem właśnie ze względu na jego działanie przeciwzmarszczkowe. Trudno pod tym względem oceniać działanie produktu na przestrzeni roku (bo tak długo go właśnie mam), kto to wie jak wyglądałaby moja skóra gdybym go nie używała? Wydaje mi się, że to jednak ta maść jest głównym kosmetykiem przyczyniającym się do poprawy stanu mojej skóry. Bo jeśli w wieku 37 lat mogę powiedzieć, że moja skóra wygląda lepiej teraz niż rok temu, to chyba to o czymś świadczy. Nie chodzi tu o mniejszą ilośc zmarszczek tylko ogólnie lepszą kondycję. Przede wszystkim Triacneal zlikwidował mi tą niewidoczną z zewnątrz, ale wyczywalną pod palcami tarkę po bokach brody i policzków. Wcześniej traktowałam te miejsca pilingami, ale to niewiele dawało.
Triacneal może powodować podrażnienia, nadmierne łuszczenie się skóry, czy chwilowe pogorszenie trądziku (że niby wyciąga zanieczyszczenia na zewnątrz), ale ja nie miałam jakiś większych z tym problemów. Przez pierwsze półtora tygodnia trochę mnie obrzucało i skóra delikatnie mi się łuszczyła, ale to minęło. Na początku stosowałam go co wieczór (na dzień nie wolno ze względu na słońce, a i tak stosując go na noc trzeba stosować w dzień krem z filtrem, bo retinaldehyd zwiększa wrażliwość skóry na słońce), ale kiedy skóra mi się zaczęła poprawiać zaczęłam go stosować raz, dwa razy w tygodniu. Czasem o nim zapominałam, ale jak mi tarka zaczynała wracać to szybko sobie przypominałam. Polecam poczytać/pooglądać  więcej o nim zanim zdecydujecie się kupić.        

6. Krem z The Body Shop na noc z witaminą E. Nie wiem dlaczego nigdy wcześniej nie kupiłam sobie kremu z TBS??? Ten krem jest genialny. Jest gęsty, bogaty, pięknie pachnie, skóra po nim się dobrze czuje i rano jest jeszcze nawilżona. Cud. Na fali tej nowej miłości kupiłam sobie jeszcze kilka innych kosmetyków z The Body Shop i jestem z nich również zadowolona.

7. Serum RevitaLift Laser Renew od L'Oreal. Co mnie podkusiło, żeby je kupić nie pamiętam. To serum jest napakowane silikonami i nabłyszczaczami (mieni się tak złoto-perłowo) i się z nim nie polubiłam. Polubiły się z nim za to wierzchy moich stóp - jak już trzeba było ściągnąć skarpety po zimie i wsadzić gołe stopy w pantofle to takie potraktowane serum wyglądają mniej odrażająco (niż poplamione samoopalaczem lub taki o sobie normalnie tylko naturalne). Nie zmarnuje się nic.    

wtorek, 29 października 2013

Projekt denko po raz pierwszy




Tego się nie spodziewaliście, prawda?






Najbardziej lubię to w tym blogu, że nie związałam się żadną formą i żadną tematyką i mogę sobie pozwolić na wpisy o czym mi się tylko podoba. Sama idea denka wydała mi się nieco dziwna kiedy się z nią po raz pierwszy spotkałam. No bo po co pokazywać całemu światu puste opakowania po swoich kosmetykach. Kogo to w ogóle obchodzi? Okazało się, że dla mnie samej wpisy/filmy denka stały się źródłem bardzo cennych informacji. Dzięki nim kupiłam kilka świetnych produktów jak i uniknęłam kilka bublowatych zakupów. Oczywiście każdy z nas ma inną skórę, która inaczej reaguje, ale przecież własny rozum też, więc jak do wszystkiego - do denek należy podchodzić zdroworozsądkowo. Dla mnie moje własne denka mają służyć jako przypominacze, bo zdaje mi się, że do kosmetyków mam słabą pamięć: nie raz zdarzyło mi się kupić coś co już wcześniej miałam nie pamiętając czy to było dobre dla mojej skóry, czy nie. 

1. Alpecin Caffeine Shampoo C1
Nigdy nie miałam lwiej grzywy, moje włosy są cienkie, łamliwe i wypadają. Są tak cienkie, że ich prawie nie widać kiedy lądują na podłodze, są krótkie, nie muszę ich czesać, więc nie przerażają mnie kudły zostające na szczotce. To co mnie dobija i czego nienawidzę (no oprócz z wolna rzednącego z wiekiem przedziałka) to kiedy włosy wpadają mi za dekolt, najgorzej - do biustonosza. Aaaa! To jest bardziej irytujące niż skrobanie paznokciem po tablicy lub pająk lądujący na szyi. Nienawidzę tego! Alpecin to jest pierwszy szampon przeciwko wypadaniu włosów jaki kupiłam dla siebie i mojego męża. Oboje mamy krótkie włosy i przy codziennym myciu głowy starczyło nam go na ponad miesiąc. Ja pierwsza zauważyłam poprawę, bo po kilku zaledwie myciach włosy przestały mi wypadać i nie wypadały przez cały czas jego stosowania, a także przez około tydzień po tym jak się skończył. W dodatku miałam wrażenie, że włosy są zdrowsze i mocniejsze - co może jest tylko wrażeniem, bo szampon nie zawiera żadnych substancji zmiękczających ani silikonów, więc włosy nie są po nim oklapnięte, co pomaga stworzyć iluzję większej objętości.  Kupiłam po nim zwykły szampon, bo mnie stosowanie tamtego zmęczyło, ale oczywiście muszę do niego, lub czegoś podobnego wrócić. Szampon zawiera kofeinę, która pobudza wzrost włosów i wzmacnia cebulki, ale żeby szampon działał trzeba trzymać go na głowie przez dwie minuty. Nie jest to może wielka rzecz zważywszy na rezultaty, ale jeśli myje się głowę codziennie to jest to lekko irytujące, dla mnie jedyny minus. Szampon jest gęstym, przeźroczystym niebieskim płynem o lekkim kolońskim zapachu, ale nie jest bardzo męski - jeśli ktoś oczekuje doznań spa to się jednak może rozczarować. Mam bardzo wrażliwą skórę głowy i szybko się na szampony uczulam - na ten nie miałam żadnej reakcji.
Czy kupię jeszcze raz? Najprawdopodobniej tak, chociaż mam na oku inny, który chciałabym też wypróbować. W UK szampon kosztuje £5 -£7, w Polsce 20-30 zł. To dosyć drogo jak na szampon, bardzo tanio jak na środek przeciwko wypadaniu włosów.


2. Vichy Liftactive CP Yeux/oczy

Ten krem ma mnóstwo pozytywnych opinii w Internecie, ponieważ kupiłam go w okresie zanim zaczęłam szukać recenzji produktu przed zakupem nie byłam tego świadoma. Kupiłam go bo lubię Vichy w dodatku to PxC (peptydy i witamina C) mnie skusiło. Ma wygładzać zmarszczki i rozjaśniać skórę pod oczami, robić to i tamto. Czytając jego recenzje teraz, zastanawiam się, czy mam w środku ten sam kosmetyk co inni. Krem jest ciężki, gęsty, tłustawy. Ja takich nie lubię pod oczy. Lubię kremy takie jak All about eyes Clinique, leciutkie, szybko wchłaniające się, delikatne. To, że jego konsystencja mi nie odpowiadała sprawiło, że używałam go tylko kiedy nie miałam niczego innego. Jest już otwarty tak długo, że wszystkie składniki dawno przestały być aktywne. Nie jest pusty, dzisiaj wieczorem wklepię sobie resztę w jeszcze nie wiem jaką część ciała i opakowanie idzie do kosza.

3. Clarins Daily Energizer 
Ten żel ze zdjęcia był częścią zestawu, który kupiłam na wyprzedaży po ostatnich Świętach Bożego Narodzenia - w pudełku znajdował się krem, tonik i właśnie żel z serii Daily Energizer. Krem był pełno wymiarowy, tonik i żel nie. Nie mam opakowań po tamtych kosmetykach, ale napisać wam muszę, że tamten krem jest moim ulubionym kremem nawilżającym, jest lekki, dobrze się wchłania, pachnie grejpfrutowo oraz delikatnie i przyjemnie mrowi dzięki zawartości witaminy C. Krem przeznaczony jest dla kobiet po 20 o cerze mieszanej i tłustej, ale to nic, taki lekki i przyjemny krem doceniłaby kobieta w każdym wieku. Mi już zdecydowanie bliżej do 40 niż 30 i z rozsądku kupuję rzeczy bogatsze w składniki, które dają mi przynajmniej iluzję, że walczę z problemami dojrzałej cery. Jedyny problem z kremem polega na tym, że jako produkt zawierający witaminę C nie powinien być sprzedawany w otwieranym słoiczku, efekt mrowienia przy nakładaniu znika po pewnym czasie, co ma niewątpliwie związek z tym, że witamina C się utlenia/rozkłada w kontakcie z powietrzem. Tonik (Wake-Up booster) był niesamowicie orzeźwiający, pachniał cudownie i wychlapałam go bardzo szybko. Żel mam jeszcze tylko dlatego, że używam kilku różnych rzeczy do oczyszczania twarzy, a żele najmniej chętnie. Jednak jeśli ktoś lubi to ten jest zdecydowanie przyjemny, nie pieni się bardzo, raczej delikatnie, mam miły zapach i świetnie oczyszcza.
  
Krem na pewno jeszcze kupię i polecam go Wam. Tu kosztuje £21, więc w Polsce pewnie ponad 100 złotych. Natomiast pełnowymiarowe opakowanie toniku kosztuje £16. O ile za krem to jest to akceptowalna cena to jednak w tej cenie można kupić o wiele lepsze toniki. Czyhać więc będę na promocje i poświąteczne wyprzedaże.


4. Garnier Youthful Radiance Krem na noc

Ten krem kupiłam jako krem przejściowy. Skończył mi się jeden, nie miałam czasu jechać do miasta po następny więc kupiłam ten będąc na zakupach w Tesco. Kupiłam go bo ma kofeinę, czyli przeciwutleniacz, a to jeden z zasadniczych elementów pielęgnacji dla kogoś w moim wieku. Krem jest gęsty, zielony, lekko tłustawy (co jestem w stanie znieść w kremie na noc), nie jest rewelacyjny, nie budziłam się po nim z promienną twarzą, ale nie jest zły. Rano twarz była po nim wyraźnie nawilżona, a to już chyba wystarczy. W zakresie swojej półki zupełnie przyzwoity produkt, ale się do niego nie przywiązałam. Zapach trochę zbyt mdły.

5. Złoty cień do powiek Gosh w sztyfcie

Dostałam go lata świetlne temu od sióstr w prezencie. Był to cień, którego używałam najczęściej (jeśli już się malowałam) a przeżył wszystkie inne. Chociaż normalnie cienie mi się rolują na mojej opadającej powiece to ten nigdy tego nie robił i był świetną bazą pod inne cienie. Identycznych cieniu Gosh już nie produkuje, ale w swojej ofercie ma teraz mineralne sztyfty, jest też złoty, kupię mając nadzieję, że jest przynajmniej tak dobry jak ta stara wersja.

6. Estee Lauder Double Wear Light

Nie wiem jakie macie oczekiwania wobec podkładów. Ja, za każdym razem kiedy kupuję coś nowego mam nadzieję na dwie rzeczy: że nie utleni się na różowo i że nie spłynie mi po godzinie. Od dawna nie kupuję podkładów sama tylko kieruję się do konsultantek. Do niedawna byłam wierną klientką Clinique'a, ale kiedy kończył mi się ostatni, po przeglądnięciu i obejrzeniu góry recenzji skierowałam swoje kroki do Estee Lauder. Miałam zamiar kupić oryginalny Double Wear, bo do mojej skóry z problemami (nierówny koloryt, pory, tłusta strefa T) wydawał się idealny. Pani z EL poradziła mi natomiast, że na lato bardziej odpowiedni będzie DW Light. Light kupiłam. Jest przede wszystkim lekki, idealnie się rozprowadza, jego krycie można zbudować do średniego, cieniutka warstewka może nie pokrywa wszystkich niedoskonałości, ale pięknie ujednolica kolor. Nałożony sam ma bardzo naturalne wykończenie. Jeśli nakładam podkłady same to niestety zaczynają mi spływać po godzinie, ten nie, jeśli nałożę go samego to sebum zaczyna się przebijać po około trzech godzinach, nałożony z primerem i lekko przypudrowany trzyma się cały dzień. Jest to jedyny podkład, który mogę śmiało używać latem. DWL ma filtr SPF 10. Na zimę kupię wersję oryginalną, zobaczymy jaka jest różnica.    

7. Driclor

Driclor można kupić na Wyspach w aptekach - ten środek rozwiązał całkowicie moje problemy z poceniem się. To drugie z kolei opakowanie, które wyrzucam tylko dlatego, że się przeterminowało. Driclor wygląda jak dezodorant w kulce i stosuje się go na noc, na umytą skórę, najlepiej nie nakładać go w ten sam dzień w którym robiło się depilację. Trochę szczypie i swędzi, ale można się do tego przyzwyczaić. Producent zaleca aby go stosować codziennie wieczorem aż do momentu zniknięcia problemu. Jeśli o mnie chodzi to problem znika po jednym zastosowaniu na około 3 (latem 2) tygodnie. Nie pocę się po nim w ogóle wcale nic. Oczywiście wybiorę się do apteki po następną buteleczkę.

8. Simply Essentials dwufazowy płyn do demakijażu

Świetny płyn, fantastycznie rozpuszcza makijaż więc nie trzeba twarzy bardzo pocierać. Jest to mieszanina olejku i toniku czyszczącego, pozostawia na twarzy tłustą powłokę więc należy po nim użyć jeszcze czegoś do pozbycia się jej. Ja używam popularnych na wyspach flanelek do twarzy (w praktyce cieniutki ręcznik  ok 20 na 20 cm dostępny wszędzie w multipakach), płuczę flanelkę w bardzo gorącej wodzie, wykręcam i obmywam nią twarz - uwielbiam to robić, moja ulubiona cześć rutyny pielęgnacyjnej. Właśnie kupiłam kolejne opakowanie Garniera, mam nadzieję, że będzie w ciągłej sprzedaży i nie będą go zmieniać.

9. Maczek Kenzo

Od lat nim pachnę, uwielbiam. Ale może czas na zmiany. Jeśli czyta ten wpis mój Mikołaj to chciałabym mu podpowiedzieć, że Mademoiselle Chanel to cudowny zapach.       
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...