Zima w kraju w którym opony zimowe i pługi śnieżne są pojęciami abstrakcyjnymi.
Czy jesteście sobie w stanie to wyobrazić, czy nie?
Trzy mile z pracy do domu przejechane w cztery godziny.
Samochód porzucony na drodze zamienionej w przymusowy parking.
Brnięcie w śniegu, pod wiatr, pod górę do domu.
Zimne ostre igły wbijające się w twarz.
Droga, której nie widać.
Dziecko, które wpadło w zaspę z której nie potrafi się wydostać.
Czy ta droga się kiedykolwiek skończy?
Ręce zbyt zamarznięte by wyciągnąć klucz do domu z torebki.
Jak dobrze, że to piątek.
Na dwa dni Aylesbury zamienia się w gigantyczny plac zabaw, wielu sąsiadów widzę po raz pierwszy w życiu. Ambicją jest bałwan, najwyższy na ulicy. My budujemy budynki obronne z myślą o bitwie na śnieżki. Pada. Cały czas pada śnieg.
Zabawa się kończy w niedzielę wieczorem kiedy trzeba odkopać samochody i myśleć o tym jak się dostać do pracy.
Szkoła jest niepotrzebnie otwarta w poniedziałek. Nie ma dzieci i jest po kilkanaście stopni w klasach. Pada śnieg. Wypuszczają nas szybciej do domu. Drogi są zaskakująco przejezdne - nawet w Aylesbury - tu za sprawą Bobów budowniczych pracujących na naszym osiedlu.
Trudno uwierzyć, że po drugiej stronie miasta nie spadł ani jeden płatek śniegu ... koleżanka z pracy myślała, że moje zaśnieżone zdjęcia na FB zostały zrobione w Polsce!
Stwierdzenie 'ty musisz być do tego przyzwyczajona' zaczyna mnie drażnić.
Wieczorem śnieg przenosi się w inne rejony.
Zostajemy z zaspami usypanymi przez spycharkę i odgłosem wody wypływającej z rynny, powoli, ciurkiem, lecz stale.